sobota, 7 listopada 2015

Od Sylvii

Kiedy z dudniącym sercem otworzyłam oczy, policzek sunął mi chłodny powiew wiatru. Patrzyłam się w sufit i jedyne na czym mogłam się skupić do powtarzanie sobie półgłosem "To tylko sen". Była najprawdopodobniej piąta rano, zawsze o tej godzinie się budziłam, no przynajmniej wtedy gdy śnił mi się Arthur...
Co trzy noce nawiedzał mnie w koszmarze. Śniły mi się ostatnie chwile przed jego śmiercią. Jego wysportowany tors, pogardliwy uśmieszek, jak łapał mnie za rękę. W uszach pobrzmiewały słowa "Aniołeczku, oboje wiemy, że nie jesteś w stanie żyć beze mnie, nic mi nie zrobisz...", później to uderzenie w policzek i popchnięcie za łóżko. Nie spodziewał się, spokojnie się rozbierał, a ja strzeliłam. Kula przebiła jego serce, chciał coś powiedzieć, osunął się na kolana i upadł. Kiedy wybiegłam zapłakana z pokoju od razu zabrano mnie od Czarnej Drużyny, zabiliby mnie.
Teraz powoli usiadłam na łóżku, jeszcze raz powtórzyłam na zaklęcie "To tylko sen" i wtedy jakaś ręka złapała mnie od tyłu za gardło. Mój puls automatycznie zaczął przyspieszać, serce waliło jakby zaraz miało rozerwać mi klatkę piersiową i wyskoczyć.
- A może jednak rzeczywistość, aniołeczku? - usłyszałam głos mojego zmarłego ukochanego i wszystko minęło. Łzy płynęły mi potokiem po policzkach.

* * *

Został mi kilometr do przejścia w murze. Właściwie nigdy się nie zastanawiałam dlaczego tak często biegałam. W sumie robiłam to praktycznie zawsze - kiedy "szłam" do czarnych, na obiad czy musiałam gdzieś indziej się dostać. Czułam jak palą mnie mięśnie, wszystko boli i ku zdziwieniu normalnych ludzi czułam się wtedy wolna, panią własnego już i tak dziwnego losu. Wbiegłam w kamienny korytarz. Miał wysokość pewnie około trzydziestu metrów. Zawsze robiły na mnie wrażenie wyrzeźbione w czystej skale napisy i zdobienia. Obrazy od mitów przez historię po objawienia przyszłość, w końcu takie dary też mieliśmy. Właśnie.... My.... Kim w ogóle jesteśmy my? Nie, nie chciałam o tym myśleć. Przebiegałam właśnie przez bramę, czyli został tyko kawałek cierniowego lasu.

Strażnik spojrzał się na mnie jakoś dziwnie. Wiedział kim jestem i wzajemnie, ale zawsze mi się wydawało, że jako jedyny zna mój dar i właśnie dlatego łamie wszelkie prawa, pozwalając mi wejść na teren czarnych. Jeszcze do niedawna miałam nawet wrażenie, że wodzi za mną wzrokiem jakby pilnował mojego bezpieczeństwa.
Ogromna grupa ludzi zebrała się wokół tzw. mordowni, czyli miejsca kar, ale tylko tych lekkich jak baty. Zręcznie prześlizgnęłam się przez tłum, nie dotykają na szczęście nikogo i stanęłam w pierwszym rzędzie, zaraz za strażnikami.
- Co tam się dzieje? - zapytałam.
- Jakiś chłopak napluł strażnikowi w twarz i ma dostać dwusetkę - odparł cicho jakiś chłopak z tyłu. Wyciągnęłam się i udało mi się zobaczyć dyrektora ośrodka. Zobaczyłam tylko umięśnione, spięte plecy przyszłej ofiary jednego ze strażników, stawiałam na tego najgorszego - Shepera. Po chwili wyszedł ze stróżówki, trzymając w ręce swój własny, ulubiony bicz podszedł do dyrektora.
- No to hop - powiedziałam sama do siebie, prześlizgnęłam się między strażnikami i podbiegłam do miejsca kaźni i w ostatnim momencie złapałam Shepera za nadgarstek. Oczywiście szarpnęło mnie do przodu, jednak cios uderzył obok chłopaka.
Kat odwrócił się w moją stronę, chciał coś powiedzieć, ale kiedy zobaczył mnie, cofnął się to tyłu z wyrazem przerażenia i zdziwienia.
- Co TY tu robisz?! - krzyknął swoim szorstkim głosem z chrypą.
- Chcę negocjować - odparłam całkowicie opanowała. - Mam, do tego prawo.
- Ale... - strażnik szukał poparcia w oczach dyrektora, jednak on się tylko uśmiechał.
- To groźba? - zapytał w końcu.
- To byłaby groźba, gdybym zdjęła rękawiczki, a chyba wciąż mam je na sobie.
- Czego oczekujesz Silver? - tak, byłam jedną z nielicznych, których imię, nawet przyszyte, znał.
- Uniewinnienia. A przynajmniej szczęśliwej pięćdziesiątki od strażnika, którego opluł.
- Trudne do spełnienia warunki - głosowi dyrektora wtórował śmiech Shepera.
- No cóż, - zdjęłam rękawiczki i wetknęłam za pasek w spodniach - zawsze mogło być gorzej, a pan może okazać się wspaniałomyślnym i tym samym zachęci tych wahających się do współpracy...
- Pięćdziesiąt! - krzyknął. - A opluł pana kapitana.
- Oooł.... - spojrzałam na Shepera. - Odważnie.

* * *

Oczywiście jako wybawicielce, kazali mi go odpiąć i zająć się nim. Pomogło mi dwóch chłopaków, to chyba jego przyjaciele. Kiedy położyli go na brzuchu na trawie, mogłam mu się spokojnie przyjrzeć. Leżąc wyglądał na bardzo wysokiego i szczupłego. Jednak, to nie był chudzielec, tylko wysportowany chłopak koło osiemnastu, a może dwudziestu lat. Miał krótkie czarne jak słoma włosy, które delikatnie opadały mu na czoło i dodawały mu uroku. Miał szlachetne rysy, blade jednak cudowne usta, lekko zapadnięte policzki, piękne, wydatne kości policzkowe i prawie nie zauważalne cienie pod oczami. Jednak dla kogoś z bladą cerą (choć nie tak bladą jak moja) to całkiem naturalne. Powoli podniósł powieki, miał piękne, czarne, długie rzęsy. Spojrzałam mu w oczy i oniemiałam. Były szafirowe, ich błękit pochłonął cały świat a z nim mnie. Potrafiłam tylko patrzeć się na nie jakby stanowiły sens wszystkiego. Jakby ich ogromne czarne źrenice były jedynym wyjściem aby uratować mnie przed tym cały, złym światem. Z osłupienia wyrwał mnie jego głos:
- Dziękuję - był taki łagodny, melodyjny, a ton szczerze wdzięczny.
- Nie ma za co - odparłam. - Tylko tak mogę ci pomóc.
Podniosłam się powoli, pomimo że nie chciałam.
- Poczekaj - złapał mnie ciepłą, suchą ręką za nadgarstek. Miałam nadzieję, że nie czuje jak przyspiesza mi puls. - Mogę znać chociaż twoje imię?
- Jestem... - nie, nie wypowiem swojego imienia. - Po prostu Silver, tyle wystarczy.
- Silver?
- Tak?
- Zostaniesz ze mną choć chwilę? - zapytał z tymi ślicznymi oczami wlepionymi w moje.
- Ja... - poczułam jak zsuwa mi się rękawiczka.
Dotknie nadgarstka
Ja nie mogę - oparłam w końcu.
- Ale...
- Żegnaj - rzuciłam krótko i odeszłam w stronę bramy.
To za dużo, za dużo

(Damien?)

Słowa zapisane kursywą występują jako myśli bohaterki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz