Z tego co widziałam na arenie, byłam tylko ja, kuzyn Lukas'a, którego poznałam kilka dni temu - Damien. Do tego był jeszcze kolega, którego imienia nie znałam. Ale to nie wszystko. Gdy tylko widziałam lecącego w moją stronę lwa, ujrzałam tego chłopaka, którego poraziłam prądem i przez którego miałam połamane żebra. Jakoś sobie radziłam, ale ledwo co. Musiałam ograniczyć się do ataków, przez ból w klatce piersiowej. "Co teraz, co teraz?!" nie wiedziałam co robić. W końcu zwierzęta się skończyły. Wszystkie leżały na ziemi martwe. Teraz wpuścili cztery słonie, jeden na każdego. No właśnie. Jeden na każdego. Jednak gdy przyjaciel chłopaka leżał na ziemi - nie wiem czy żył - jego słoń chciał mnie staranować. Gdy oba słonie na mnie pędziły, ja stałam przy ścianie, a gdy były wystarczająco blisko, zeszłam im z drogi, przechodząc pod nimi, unikając ich nóg. Walnęli w ścianę, a ja pobiegłam do chłopaka. Żył, ale ledwo co.
- Kur*a. Wstawaj - powiedziałam i pomogłam mu wstać. Zostały dwa słonie, jednak ten osiłek sobie oswoił swojego i teraz biegł w naszą stronę, chcą nasz zmiażdżyć.
- Uciekaj. Zostaw mnie - powiedział słabo.
- Zamknij się - rozkazałam i nadal go trzymałam. - Odpłacam się za Lukas'a - dodałam.
<Lukas?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz