niedziela, 8 listopada 2015

Od Damiena C.D Sylvii

Spojrzałem na Lockwood'a z nienawiścią w oczach. Od początku nie przypadł mi do gustu. Te ich kochane eksperymenty....... Już szykował się by zadać kolejny cios nożem, ale nagle jeden ze strażników wszedł do środka. Szepnął mu coś na ucho, a ten spojrzał na mnie wkurzony. 
-Muszą Cię teraz wyciągać?!-krzyknął z wyrzutem. 
Rzucił sztyletem , który trafił w ścianę , tuż przy mojej szyi. Gdyby nie to że się trochę przesunąłem, to bym miał nóż w gardle. Odpięto mnie i wyszedłem z celi. Przed sobą spojrzałem dziewczynę ze Złotej Drużyny. Drugi raz w tym dniu , ona mnie ratuje?! Tak nie może być.... Spojrzałem na dziewczynę i chciałem iść, ale złapała mnie za nadgarstek. Popatrzyła na mnie znacząco.
-Kolejny raz dziękuję za pomoc, ale radzę sobie-westchnąłem
-Właśnie widzę -mruknęła 
Skierowała wzrok na dzisiejsze moje rany , siniaki itp. Tak......sporo tego było. Poszedłem do swojego pokoju, a dziewczyna szła za mną. Wszedłem do środka. Ona też. Oparłem się o ścianę z pytającym wyrazem twarzy. Nagle do pokoju wparowało dwóch moich kolegów. Często chodzili ze mną i ustalaliśmy wszystko, przed spotkaniami TMS. 
-Damien!-krzyknęli obaj.
Pokazałem im że mają nic nie gadać, bo przecież ona tutaj była. 
-Damien...... Casander-powiedzieli zdyszani.
Spojrzałem na dziewczynę i bez namysłu wybiegłem ze swojego pokoju. Casander był najmłodszy w Czarnej drużynie. Dziecko miało zaledwie 10 lat!! Pobiegłem pod pokój chłopaka. Dwóch chłopaków , w moim wieku wybiegło przerażonych od niego. Casander był nietypowy. Zmieniał  się w jakiegoś dziwacznego mutanta, gdy tracił nad sobą panowanie, lub też gdy się czegoś bał. Wszedłem do jego pokoju. 
-Cas.....uspokój się. Wszystko jest w porządku-powiedziałem spokojnie. 
Chłopak patrzył się na mnie, swoimi czarnymi jak węgiel w tej chwili oczami. 
-Chłopie, nie daj się temu opanować. Słyszysz !-krzyknąłem
Reszta moich znajomych pilnowało czy nikt nie idzie. Chłopak ruszył na mnie, ale ja go ominąłem. Znów będzie to samo. Gdy tylko biegł znów do mnie, ja wysunąłem swoje skrzydła. Oczywiście były całe poranione. Sączyła się z nich krew. Złapałem go i oplotłem skrzydłami. Trzymałem do puki się nie uspokoił. 20 minut minęło, a chłopak się przemienił. Schowałem skrzydła, a Cas opadł mi na ręce wyczerpany. 
-Młody co ty wyprawiasz? Żeby straszyć starszych od siebie-zaśmiałem się
Casander też się zaśmiał. Był wyczerpany. Położyłem go do łóżka i mu się przyjrzałem. 
-Co się znowu stało?-westchnąłem
-Wszyscy mówili, że chcą cię zabić -wyszeptał przestraszony-Nie możesz mnie zostawić.....
Uśmiechnąłem się do niego ciepło i rozczochrałem mu włosy. 
-Nie zostawię cię nigdy. I nikt nie ma prawa Ci zrobić krzywdy. Nie zadręczaj się tym tak. A teraz.....idź spać -zaśmiałem się
-Ale będziesz?-zapytał cicho
-Zawsze-odpowiedziałem spokojnie. 
Wyszedłem z jego pokoju i spojrzałem po reszcie chłopaków.
-Weźcie na zmianę go pilnujcie. Jak będzie się coś działo to dajcie znać -poprosiłem
Skinęli głową ,a ja ruszyłem przed siebie. Dziewczyna chodziła za mną jak cień. 
Stanąłem przy swoim pokoju i odwróciłem się do niej gwałtownie. Ona odsunęła się na krok.
-Silver o co chodzi? Czemu za mną ciągle łazisz? Masz jakąś sprawę?-zapytałem

(Sylvia?) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz